niedziela, 13 listopada 2016

28. I tried to write your name in the rain, but the rain never came so I made with the sun. The shade always comes at the worst time.


Nie chciała zastać go w takim stanie.
Siedział na brzegu basenu, z nogami zanurzonymi w wodzie i butelką whisky w zasięgu ręki. Głowę miał zwieszoną na piersi, oddychał powoli. Blask księżyca czynił ten obraz jeszcze bardziej surrealistycznym. Powietrze było trochę zbyt ciepłe jak na początek grudnia.
I choć Heather wielokrotnie widziała go pijanego, tamtym razem była oszołomiona.
Wpatrywała się w jego plecy przez około minutę, zastanawiając się, czy zdaje sobie sprawę z jej obecności. Naraz słyszała w myślach strzępki rozmów przeprowadzonych lata temu, pojedyncze słowa, głośną i oszałamiającą muzykę; to było jak sen, z którego nie potrafiła się obudzić. W końcu zebrała się w sobie i na miękkich nogach podeszła do niego. Uklękła, położyła mu dłonie na ramionach. Oparła się czołem o tył jego głowy.
– Powiedz coś – wyszeptała. Próbowała skupić się na zapachu jego włosów, wilgotnej od potu koszuli. Cisza w ogrodzie była przejmująca. Nie pasowała do całego tego chaosu, który rozgrywał się w jej wnętrzu.
– Bardzo się martwiłem – odparł wyciągając rękę za plecy. Dotknął nieśmiało jej włosów. Wyraźnie się uspokoiła.
– Zdenerwowałam się.
Zmrużył oczy. Było mu przykro, że znowu ją zawiódł, nawet gdy wiedział, że ona także nie postąpiła rozsądnie. Gdy niecałe dwie godziny temu wrócili do domu, nie próbował udawać troski, chociaż wszystko się w nim kruszyło. Nie wypowiedział żadnego słowa. Mruknął jedynie coś niezrozumiałego, wyrzucając z kieszeni bluzy pomięte banknoty na stolik, machnął ręką i poszedł do kuchni, zostawiając ją samą. Przez kilka minut po prostu tam stała, wsłuchując się w odgłosy dobiegające zza ściany: otwieranie i zatrzaskiwanie lodówki, brzęk kostek lodu w szklance, przeskok kasety w odtwarzaczu i zniekształcone dźwięki jakiegoś nagrania. To chyba wtedy się rozpłakała. Przynajmniej tak mu się wydawało. Potem usłyszał odgłos zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Z beznamiętnym wyrazem twarzy obserwował przez okno, jak Heather odpala silnik jego samochodu i odjeżdża. A kiedy auto zniknęło za zakrętem, postanowił się upić.
Z zamyślenia wyrwał go jej szloch. Odwrócił się szybko, przewracając stojącą obok whisky i złapał Heather za nadgarstek. Chciał umieć coś powiedzieć. Chciał być tą osobą, za którą zdecydowała się wyjść. I gdy tak patrzył na jej mokre od łez policzki, nie umiejąc nic z siebie wykrztusić, czuł, że w akcje desperacji byłby gotów pobiec do domu po swoją aktówkę, byleby tylko sobie samemu wydać się odpowiedzialniejszym. Kiedy to do niego dotarło, coś w niego uderzyło. Był idiotą, och, i to jak wielkim:
– Jezu, przecież damy sobie radę – uśmiechnął się przez łzy i przyciągnął ją do siebie. – Jesteś głupia! Wszystko jest dobrze. Chcieliśmy tego, prawda? Chcieliśmy…

Poczuła ulgę, gdy znalazła się znowu w jego ramionach. Tak było zawsze. Był jedynym mężczyzną, który dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Cieszyło ją to. Niezmiernie. Tylko nie wiedziała, cholera, że to nie bezpieczeństwa potrzebowała.

Nie chciała przyznać się sama przed sobą, że imię Chestera obijało jej się o głowę; że męczyło ją i bolało, że miała dość. Że gdy pękła i zabrała kluczyki Blake’a, pojechała na Stocker Street. Że samochód Blake’a prowadził się lekko, a powietrze wdzierające się do wnętrza pojazdu przez uchylone szyby huczało jej w uszach w przyjemny sposób. Że doskonale wiedziała, gdzie chce się znaleźć, bo na całym świecie istniało tylko jedno takie miejsce.
W gruncie rzeczy zalała się łzami dopiero wtedy, gdy parkowała na podjeździe.
Wysiadła i na miękkich nogach ruszyła w kierunku wejścia. Poczuła dziwny impuls. Całym ciałem przywarła do drzwi. Zaczęła krzyczeć i błagać: Wpuść mnie.
W przedpokoju nie zapaliło się światło. Nie usłyszała pośpiesznych kroków, nikt nie przekręcił klucza w zamku, nikt nie spojrzał na nią zatroskany i nie objął jej mocno. Poczuła się głupia i brudna; piętnaście minut spędziła na siedzeniu na schodach i uspokajaniu szamoczącego się w piersi serca. Wypaliła dwa albo trzy papierosy, zanim zdała sobie sprawę z tego, że nie powinna tego robić. Wyrzuciła całą paczkę w krzaki, razem ze szpitalną bransoletką ze swoim nazwiskiem, którą przez cały czas miała zawiązaną cieniutkim sznurkiem na nadgarstku. Pokręciła się trochę po okolicy i wróciła do Blake’a. Tym razem wcale nie czuła się tak dobrze. Im bardziej zbliżała się do domu, tym mocniejszy ucisk czuła w płucach.

Ale to nieważne, myślała teraz. Blake kołysał nią lekko w tył i w przód, a ona w milczeniu wpatrywała się w szyjkę przewróconej butelki alkoholu, z której skapywała powoli whisky. To nic, że powiedział „chcieliśmy tego”… To nic. Tę ranę, to głupie zadrapanie da się ukryć. Nikt się nie dowie. Nikt.

~*~

Powietrze w Los Angeles miało jednak swój niepowtarzalny smak.
Właśnie o tym myślał Chester, zeskakując z ostatniego stopnia wyjścia ze znienawidzonego tour busa na lekko wilgotny, czarny jak smoła kalifornijski asfalt. Zaciągnął się głęboko zapachem miasta, nim odruchowo sięgnął do kieszeni po papierosa. Potrzebował chwili dla siebie w tłumie rozgorączkowanych i podnieconych powrotem do domu członków ekipy. I tak więc kiedy on palił, wszyscy inni rozładowywali bagażnik i wynosili na zewnątrz swoje rzeczy.
Byli zmęczeni tym wszystkim. Przygniotła ich przytłaczająca atmosfera. Każdy z osobna posiadał swój własny powód, dla którego chciał wrócić do domu. Ponadto zdarzały się między nimi drobne spięcia, bo droga do Los Angeles dłużyła się w nieskończoność, a pięciu facetów skazanych na swoje towarzystwo dwadzieścia cztery godziny na dobę ma prawo zacząć fiksować po pewnym czasie. Do szału doprowadzał ich nie cierpiany widok niekończących autostrad rozmywających się za szybą, niedopałki papierosów, wyszczerbiony kubek, zgniecione banknoty pachnące miedzią i tysiącem rąk na blacie stołu. Poza tym cisza, dziwnie żałobna, wypełniona odgłosami lekko drgających naczyń.
Tak wyglądała ich droga powrotna do Miasta Aniołów.
Nikt nie mówił nic głośno o wypaleniu, chociaż wszystkim przemknęło to przez głowę. To była dopiero pierwsza trasa i nie chcieli, by miała się na niej zakończyć przygoda z podbijaniem świata. Dlatego zgodnie twierdzili, że konieczna jest przerwa.

Kiedy rozmiar stosu walizek i pudeł na instrumenty stał się imponujący, członkowie zespołu, technicy i reszta załogi zatrzymali się na moment. Wypalili razem parę papierosów, pośmiali się z jakichś głupich spraw. Potem nastąpił czas na niemrawe pożegnania i rozeszli się do domów.

– Nienawidzę tego miejsca – mruknął Mike jakieś pół godziny później, gdy stał obok Chestera, przyglądając się swojemu domowi. Wsunął dłonie do kieszeni. Bennington nie odpowiedział od razu. W milczeniu żuł gumę – miał ją w ustach od sześciu godzin; była twarda i bez smaku – i powoli rozglądał dookoła. Stocker Street. Po miesiącu udręki w trasie. Z deszczu pod rynnę.
Michael potrząsnął ramionami i ruszył przed siebie usypaną żwirem dróżką prowadzącą do wejścia do domu. Ciągnął za sobą walizkę. Chaz zdecydował się wejść do środka dopiero wówczas, gdy z otępienia wyrwał go głośny trzask zamykanych drzwi. Chwycił swoją torbę, wbiegł po schodkach i z bijącym sercem przekroczył próg.

Przemierzył czysty, odkurzony przed miesiącem korytarz, zdejmując kurtkę. Od razu pomaszerował do sypialni. Rzucił się na pościelone łóżko i ułożył ręce pod głową. Wziął kilka głębokich wdechów, bo przypomniała mu się rada Kat – całkiem miłej asystentki Jeffa, niskiej i drobnej, o spiczastych piersiach wyraźnie zarysowanych pod materiałem bluzki – dotycząca skutecznych technik relaksacji. To ona jako pierwsza zauważyła, że przed wejściem na scenę robi się zbyt agresywny. No, może inaczej: jako pierwsza odważyła się zwrócić mu na to uwagę. Nie wyśmiał jej: przez większość czasu faktycznie stosował się do wszystkich jej zaleceń, choć doskonale wiedział, że nie zadziałają. Może po prostu chciał jej zrobić przyjemność.
Zatrzymał się na siódmym wdechu. Uniósł lekko powieki, gdy dobiegł go hałas z przedpokoju. Przez otwarte na oścież drzwi dostrzegł Mike’a opartego plecami o ścianę. Zrezygnowanego i zmęczonego, z ubłoconą walizką u stóp. Wypuścił powietrze z płuc. Odechciało mu się czegokolwiek. Gdyby mógł, sprawiłby, że jego serce przestałoby nagle pompować krew, bo uznał to za zbyt męczące.
– Zapomniałem, jak bardzo tu jest normalnie – skrzywił się Shinoda, gdy zauważył, że Chester mu się przygląda. Ściągnął kaptur z głowy i nerwowo przeczesał włosy palcami: raz, dwa.
– Chodź tu – mruknął Chester lekko zbolałym głosem, ale Mike nie poruszył się.
– Nie chcę. Wynośmy się stąd.
– Idź zapalić.
– Nie.
– To ja pójdę.
Spuścił stopy na podłogę i niechętnie wstał. Minął Michaela w korytarzu, ostentacyjnie klepiąc się po kieszeniach. Gdy wyszedł na zewnątrz, przystanął na schodkach. Chwilę przyglądał się ulicy i nieprzystrzyżonemu trawnikowi, nieruchomym drzewom. Odechciało mu się palenia, bo nieistniejący dym wypełnił mu płuca i zaczął go dusić. Zrezygnował. Zamiast tego zdecydował się przejść do sklepu po wino. Gdy wrócił do domu z opakowaną szarym papierem butelką, Mike spał na kanapie.

~*~

Sypialna skąpana była w słońcu. Nie zasłonili żaluzji, gdy kładli się spać. Heather wyciągnęła rękę i mrucząc coś pod nosem przesunęła nią po chłodnym prześcieradle. Blake’a nie było. Zmarszczyła brwi i usiadła, podciągnęła kolana pod brodę. Czuła się zamroczona od błysków świateł pojawiających się kolejno po sobie pod jej powiekami. Przetarła rozespane oczy. Strzępek czegoś, co przypomina salę w szpitalu, potem spokojna tafla wody, w której odbijają się kolory nieba. Zacisnęła i rozluźniła pięści.
To tylko sen, wysapała, odgarniając włosy z czoła. Sen. Głupi, idiotyczny sen. Rozejrzała się po pokoju, nieświadomie zsuwając dłonie na brzuch. Czuła bicie serca w okolicy pępka. Histeryczny śmiech zdławił jej gardło. Podniosła się i zrobiła kilka chwiejnych kroków. Dojrzała duży, lekko zakurzony plecak oparty o szafę, upadła na kolana tuż przed nim i zaczęła pośpiesznie przeszukiwać jego kieszenie bez wyraźnego powodu.
Miała go ze sobą tam, na Palamount Way, podczas tego bezsensownego wypadu za miasto. Palamount Way. To wydarzyło się naprawdę. Co dalej, co dalej?

Podniosła się i na drżących nogach skierowała się do salonu. Było jej ciepło i trochę duszno. Zegar wskazywał ósmą, gdy na niego zerknęła. Podciągnęła majtki, które lekko zsunęły jej się z pośladków – wczoraj wieczorem chyba kochała się z Blake’em. Co było wcześniej? Dziura w pamięci. Dół. Zapaść. Totalna pustka. Po tym, jak odrzuciła wszystko to, co pamiętała, zakładając, że był to sen, zrozumiała, że nie potrafi powiedzieć niczego więcej o poprzednim dniu. Jakby niczego poza tym snem nie było.
Na stole stały dwa talerze, jeden pełen jedzenia, dla Heather, drugi pusty, z naklejoną na środku samoprzylepną karteczką: nie chciałem cię budzić. Oderwała ją i zwinęła w rulon, który następnie zgniotła w zamyśleniu. Przez dłuższy moment stała w miejscu, lekko opierając się biodrem o krawędź blatu i skubiąc palcami rogalik z czekoladą. Zanim zdecydowała się ruszyć z miejsca, dostrzegła następną z wiadomości, tym razem u mieszczoną tuż nad telefonem. Podeszła do niej.
 Jak się czujecie? Możesz dzwonić, straszyło równe, wyraźne pismo Blake’a.
Poczuła, jakby ktoś trzasnął drzwiami gdzieś w jej wnętrzu, jakby oszołomił ją huk pobrzmiewający jeszcze przez kilka sekund. C z u j e c i e. Wy. Ty i coś, co wypełzło ze snu i okazało się rzeczywiście istnieć.
Chwyciła za słuchawkę i przycisnęła ją do ucha. Wybrała numer. Wsłuchiwała się w sygnał przez ciągnące się w nieskończoność sekundy.

– Cześć, mała – w końcu po drugiej stronie odezwał się znajomy głos. Pobrzmiewał w nim spokój i jakaś dziwna ulga. Zdenerwowało ją to jeszcze bardziej.
– Czy ja jestem w ciąży? – to pytanie wystrzeliło z niej natychmiast, piersią niemal wstrząsnął odrzut. Zdezorientowana oczekiwała w napięciu na odpowiedź. Blake milczał. Słyszała tylko jego oddech. Najwyraźniej nie tego się spodziewał.
– Tak. Tak, Heather, jesteś w ciąży – mruknął poważnie. W tle zaszeleściły jakieś papiery. Pewnie ze zdenerwowania zaczął je przekładać na biurku.
– Myślałam, że to sen – nie była całkiem świadoma tego, co powiedziała. Gardło wypełniło jej coś, czego nie potrafiła przełknąć.
– To nie sen, słońce. – głos Blake’a znowu złagodniał. – Ale wszystko jest w porządku.
– W porządku.
– Odpocznij.
Rozłączyła się. Swędziała ją skóra na całym ciele. Blake nie zdążył powiedzieć jej nic o niespodziance. Nic o zakreślonym czarnym markerem ogłoszeniu w magazynie Home zostawionym w salonie. Nic o planach, które wysnuł jeszcze tej nocy, leżąc obok niej i wyobrażając sobie, że w pokoju obok śpi niemowlę.

~ * ~

– Moglibyśmy się stąd wynieść. Naprawdę.
Siedzieli na schodkach, ale nie na werandzie, tylko przed domem. Chester wiedział w duszy, że Mike zdecydował się wypić tam kawę tylko dlatego, że widok był znacznie gorszy, a on chciał mieć powód, by na niego narzekać. Tkwili więc we względnej ciszy, patrząc na zaniedbane podwórko i rdzewiejący samochód na podjeździe.
– Umiałbyś to zostawić? – Chaz odsunął kubek od ust i ze zmarszczonymi brwiami przyjrzał się profilowi twarzy Michaela.
– Czemu miałbym mieć z tym jakiekolwiek trudności?
– Całowaliśmy się tu – odpowiedział. Całowaliście się tu, rozbrzmiało mu w głowie, chociaż wolałby, aby jego własny umysł nie zadał mu tego ciosu.
– Moglibyśmy robić to gdziekolwiek indziej.
Chester wzruszył ramionami. (Nie, nie moglibyście.)
Mike przysunął się trochę bliżej niego i położył mu dłoń na kolanie. Chciałby mówić więcej, – bo Stocker Street zawsze było czymś, o czym mógłby mówić więcej; całymi godzinami – ale Chester z jakiegoś powodu nie,  a on nie potrafił tego zrozumieć.
– Dzisiaj zadzwonię do Jeffa.
Wstał, uprzednio odbierając od Chaza pusty kubek po kawie i wszedł do mieszkania. Bennington, od kilku minut pochłonięty przesypywaniem z dłoni do dłoni żwiru, którym wysypana była ścieżka prowadząca do schodów, pogrążył się w rozmyślaniach. I mógłby tak siedzieć i siedzieć, nieruchomy i zaskorupiały, w cienkiej podkoszulce, u wejścia do domu, gdyby jego uwagi nie zwrócił dziwny papier leżący kilkanaście centymetrów dalej, lekko przysłonięty gałęzią nieprzystrzyżonego krzewu zwieszającą się nisko nad wilgotną ziemią. Wyciągnął dłoń i sięgnął po niego.
Była to szpitalna opaska; taka sama jak ta, której widok na swoim nadgarstku musiał codziennie znosić podczas pobytu w zakładzie odwykowym całe setki lat temu. Zaciągnął się powietrzem. Rozwinął opaskę w palcach, żeby móc odczytać to, co było na niej napisane.
Uderzyła go każda litera znanego nazwiska.

(Ale czy to właściwie było tak bardzo zaskakujące?)
(Nie. Nie, nie było.)

-
Historia lubi się powtarzać, nie? W tamtym roku też pojechałam na obóz z obietnicą, że przez całe wakacje będę pisać, a potem nie dawałam znaku życia do listopada. Ha. Wpadłam. Znowu. Jestem okropna. W zasadzie nie wiem, czy ktokolwiek tu zagląda. No, Emily Jones chyba tak. Reszta? Nie mam pojęcia. Mam nadzieję, że tak, bo ja cały czas chcę skończyć tę historię. Już dawno pojęłam, że niejako „wyrosłam” z blogów. Ale z jakiegoś powodu wciąż tu jestem. Gdybym znała rzeczy godne polecenia, to bym je komentowała. Serio. Czytałabym. Także jeśli mnie tu chcecie, podrzućcie mi swoje rzeczy.

Ale moja wiara w fanfiction została przywrócona, u kno? W piątek. Wpadłam na opowiadanie związane z Les Misérables (Enjolras x Grantaire, heh, gejoza) i ach! Potrzaskałam sobie tym gównem serduszko, nie mam siły żyć. Polecam gorąco wszystkim masochistom, nawet tym, którzy nie mieli wcześniej doświadczenia z tym fandomem. Situational Irony. Oryginał znajdziecie bez problemu.


No. No to do następnego. Piszcie. 

poniedziałek, 11 lipca 2016

27.I’d starve up my body, I’d break down my food, I’d carry a baby of music and booze.




To surrealistyczne. To surrealistyczne. Zaciskała dłoń na plastikowej słuchawce staroświeckiego szpitalnego telefonu. Nawijała sobie kabel na palce i nerwowo zagryzała dolną wargę, wpatrując się w brudne przyciski: cyfry od jednego do dziesięciu wytłoczone w metalu, dziwnie lepkie i pachnące miedziakami. Po piątym sygnale przełknęła ślinę – gardło miała suche, cholernie suche – i odwiesiła słuchawkę na widełki.
Tak naprawdę wcale nie oczekiwała, że April odbierze; że w ogóle weźmie to pod uwagę. Dzwoniła, bo chciała tylko poczuć, że coś robi, że wcale nie jest aż tak źle. Bo było źle. Było paskudnie. I nawet gdyby April zdecydowała się wtedy z nią porozmawiać, nie pomogłaby Heather w żaden sposób. Heather nie dało się już pomóc. Było za późno.
Chociaż „za późno” było właściwie już wiele razy. Gdy pocałowała Chestera podczas ich wspólnego wyjazdu do Agoura Hills. Gdy zgodziła się zostać żoną Blake’a. Gdy zdała sobie sprawę z tego, że powoli zakochuje się w żonatym mężczyźnie, którego powinna nienawidzić. Gdy wplątała się w niedorzeczny romans, bo miała dość Michaela, a pod ręką był uroczy i całkiem bystry chłopak za każdym razem patrzący na nią tak, jakby chciał zedrzeć z niej ubranie. Gdy sprowadziła się do Los Angeles. Gdy postanowiła, że stanie się kimś, kim zawsze chciała być. Przykłady jej naiwności lub zwyczajnie pospolitej głupoty mnożyły się i mnożyły, niemal doprowadzały ją do płaczu. Wszystkie „za późno” wracały i uderzały w nią z ogromną siłą.     
Jak do tego w ogóle doszło? Dlaczego stała skołowana i odłączona od rzeczywistości – jak maszyna, mebel, który można przesunąć – na środku korytarza szpitalnego w jednej z tych śmiesznych, jasnych piżam pachnących chemikaliami, z papierową opaską z własnym nazwiskiem na nadgarstku? To surrealistyczne, powtórzyła w myślach po raz kolejny, wiedząc, że tego dnia zrobi to jeszcze tysiąc razy. Cały świat, wszystkie te ważne dla niego sprawy: polityka, giełda, informacje o zamachach, zabójstwach i porwaniach, problemy zwykłych szarych ludzi, o których komercyjne stacje mówią w wieczornych wiadomościach, zdawały się nie mieć żadnego znaczenia. Przestały mieć sens. Przestały pasować do układanki. Była tylko ona. Ona i coś, co od ponad miesiąca sprawiało, że bez przerwy chciało jej się rzygać i ryczeć. Rozwiązanie zagadki. Klucz. Komiczny finał.

Zaczęło się na szlaku. Palamount Way. Trzydzieści pięć kilometrów suchej, piaszczystej ścieżki wiodącej naprzemiennie przez naprawdę piękne półpustynne krajobrazy obrzeży Los Angeles i zaśmiecone pola namiotowe dla turystów.
Heather naprawdę chciała skupić się na klimacie tamtego całkiem miłego wypadu za miasto; na śmiechu ludzi idących obok niej w postrzępionych szortach i znoszonych adidasach, na przyjemnym odgłosie obijających się o siebie w turystycznej lodówce butelek z piwem, zapachu potu i środków odstraszających owady. Tylko że nie potrafiła. Nie powiedziała Blake’owi, że rano brzuch bolał ją tak bardzo, że nie mogła zejść ze schodów. Nie powiedziała, że gdy zobaczy Marka, coś może w niej pęknąć i pokruszyć się na kawałki, zmusić ją do płaczu albo do wypowiedzenia okrutnych słów, słów pełnych jadu i goryczy. I wreszcie – nie wspomniała mu nic o tym, że on sam wprawiał ją w obrzydliwy nastój.
Czasami czuła się nieswojo, gdy na niego patrzyła lub gdy słyszała jego głos. Nieustannie towarzyszyła jej chęć ucieczki przed tym niewygodnym, ciasnym życiem u jego boku, nie potrafiła zdobyć się jednak na jakąkolwiek odwagę. Jesteś mu to winna, powtarzała uparcie i na jakiś czas robiło jej się lżej, ale potem i tak wszystko wracało. Wracał smak powietrza w Agoura Hills, wracał gryzący zapach papierosów Chestera. Wyrzuty sumienia, cholerne wyrzuty sumienia…

– Wszystko w porządku? Zaraz rozbijamy namioty. Tam, na wzniesieniu. Widzisz?
Potrzebowała kilku sekund, żeby się otrząsnąć i odpowiedzieć na pytanie. Tak, widziała wzniesienie. Tak, wiedziała, że już za chwilę całodniowa wędrówka się skończy. Ale nie, nie czuła się dobrze. Wciąż chciało jej się wymiotować. Poza tym nie miała ochoty rozmawiać. Nie z nim, nie z Blake’em, nie w tym momencie, gdy coś po prostu zarzynało ją od środka.
– Nic mi nie jest – powiedziała słabym głosem, wyplątując się z jego objęć. – Chodź, musimy przyśpieszyć.
Oblizała wargi. Blake ponownie przyciągnął ją pod swoje ramię. Gdy uniosła lekko głowę, dostrzegła spływającą mu powoli po skroni strużkę potu. Nie odwróciła wzroku przez niedorzecznie długi czas. Zanim znowu spojrzała przed siebie, zdążył otrzeć czoło wierzchem dłoni, a potem oblać sobie twarz wodą z butelki. Był magnetyzujący. I to coś nie pasowało. Zgrzytało. Heather wyraźnie słyszała ten dźwięk w piszczącej w uszach ciszy drogi Palamount Way; trzaśnięcie, przeskok kasety w odtwarzaczu. Koniec nagrania, myślała. Smutna prawda lub prawdziwy smutek. Blake nie należał do facetów spędzających czas w taki sposób. Blake urodził się, żeby dojść do sukcesu i przejąć majątek swoich rodziców; żeby założyć szczęśliwą rodzinę i być rozsądnym nudziarzem mieszającym mętne wino w kieliszku podczas jakiegoś poważnego spotkania biznesowego. Tymczasem przez te wszystkie lata narosła w nim wściekłość. Chciał się zbuntować i robił to, naprawdę to robił, ale bardzo nieudolnie. Jeśli wstąpienie do Bad Touch i wytatuowanie sobie czegoś na szyi miało stanowić o jego woli oderwania się od żałosnego, ustawionego od początku do końca życia, jego postać stawała się wręcz komiczna.
Ręka Blake’a zsunęła się po jej plecach. Wypuścił ją i zatrzymał się. Pole kempingowe numer siedemnaście. Ich cel. Ściągnął plecak i rzucił go na ziemię, tuż pod nogi.
– Zdycham – jęknęła któraś z dziewczyn klejących się do Marka przez dłuższą część wędrówki. Niespodziewanie położyła dłonie na ramionach Heather. Pachniała olejkiem do opalania i Jean ledwo powstrzymała się przed strząśnięciem z siebie jej rąk. Spotkała ją może raz czy dwa na jakiejś głupiej imprezie albo jam session. Dopiero gdy uważnie przyjrzała się profilowi jej pociągłej, przyjemnie zbrązowiałej twarzy, przypomniała sobie jej imię. Ally. Idiotyczne, typowe Ally.
– Wszyscy jesteśmy zmęczeni, słonko – sapnął Mark. Najwyraźniej nie miał nic przeciwko obściskiwaniu z nią późną nocą, kiedy wszyscy już pójdą spać do swoich namiotów. Heather poczuła pieczenie w przełyku. Jakaś paląca ciecz wezbrała w niej i zaczęła bulgotać na wysokości jej mostka. Mark był odrażający. Oczywiście wiedziała o tym wcześniej; przekonała się w chwili, w której dostrzegła w jego oczach, że on naprawdę nie chce, by wychodziła za Blake’a. Odwiedzając jego mieszkanie, wtedy, po powrocie z Agoury, zafundowała sobie dodatkową porcję poczucia winy, bo Mark niezaprzeczalnie miał rację, a ona tego nie znosiła. No, może nie do końca. Nie znosiła tego, że różni ludzie mają czelność wyprowadzać ją z błędu. Mark należał do tej grupy. Facet, który zarzekał się, że rozumie ogromną miłość Blake’a. Wcale nie – tylko paskudny hipokryta, który gówno rozumiał i wolał flirtować z łatwymi dziewczynami.
– Ogarnijmy się szybko, żeby móc z czystym sumieniem się uchlać, dobra? – rzucił Blake, gestem dłoni przywołując przyjaciół do siebie. Zabrzmiał fałszywie. Lubił alkohol. Nic nie mogło temu zaprzeczyć. Ale wtedy kłamał. Heather to widziała. Ubrany w luźne spodenki, podkoszulkę z infantylnym tekstem piosenki Bloodhound Gang, z butelką wody w dłoniach i papierosem w ustach wyglądał jak tekturowy książę z bajki, któremu jakaś niegrzeczna dziewczynka dokleiła równie niegrzeczne atrybuty męskości godnego pożałowania światka undergroundowej sceny muzycznej Los Angeles.
– Czasami nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz – odezwał się Ritchie. Mark urządził go najpaskudniej, jak tylko mógł, bo kazał mu taszczyć najcięższe bagaże. Ritch miał pod pachami ogromne plamy potu. Wyglądał okropnie, mimo wszystko Heather zapragnęła wtulić się w jego bok, bo tylko on przypominał prawdziwego siebie sprzed lat. Był tym samym mrukowatym, ironicznym wąsaczem, którego polubiła dawno temu.
Nie zdążyła wykonać żadnego ruchu, bo Ally lekko ją pośpieszyła. Zdjęła z jej ramienia tylko jedną dłoń. Drugą wciąż delikatnie zaciskała na jej skórze, idąc u jej boku i dowcipkując z jakimś gościem, którego twarzy Heather w ogóle nie kojarzyła. Jakby chciała ją pocieszyć lub odciągnąć.
Pokonali dość krótki odcinek i skierowali się w prawo, w stronę jeziora, lekko zbaczając tym samym ze szlaku. Blake i Mark poprowadzili ich do oddalonego od innych namiotów i przyczep kempingowych zakątka. Mieli więc do dyspozycji całkiem sporo miejsca. W cieniu rosnącego nieopodal drzewa było pełne śmieci i popiołu palenisko. Drewniana, rozpadająca się ławka nagrzewała się w słońcu.
Heather opadła na nią niemal natychmiast. Krew huczała jej w skroniach, musiała odpocząć. Nie była przyzwyczajona do takiego wysiłku. Reszta paczki może tak, ale ona nie.
Nagle ziarniste, wesołe odgłosy rozmów przypominające Jean bzyczenie leniwych much w słoneczny poranek zrobiły się głośniejsze. Odwróciła się. Mark przerzucił sobie Ally przez ramię i biegł w kierunku jeziora. Śmiała się, piszczała w ten irytujący dziewczęcy sposób i biła go pięściami po plecach. Zatrzymał się, gdy woda sięgnęła mu kolan. Rozluźnił uścisk i Ally wpadła do mętnej, zielonkawej wody. Wynurzyła się spod powierzchni już po paru sekundach, krztusząc się i plując. Materiał bluzki przylepił się do jej ciała. Widać było wyraźnie jej koronkowy biustonosz oraz całkiem spory tatuaż nad lewym biodrem.
– Zabiję cię! – wrzasnęła z udawaną wściekłością. W jej oczach lśniła głupia iskierka flirciarskiego triumfu. Wygrała to. Wygrała, bo dziewczyny takie jak ona niezwykle rzadko przegrywają. Pociągają za sznurki.
Heather podniosła się leniwie i podeszła do Blake’a, który w międzyczasie ściągnął koszulkę i zabrał się za rozbijanie jednego z namiotów. Uśmiechnął się z ulgą, gdy oparła się o jego ramię. I zdarzyło się coś, czego nie do końca się spodziewała. Przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował, podniósł ją w górę i gdy instynktownie otoczyła go nogami w pasie, zwrócił się w tę samą stronę co Mark tulący Ally. Szybki marsz ku cuchnącemu mułem brzegowi.
– Nie rób z nas idiotów – powiedziała błagalnym głosem do jego ucha, gdy uśmiechnął się w ten swój irytująco sympatyczny sposób i pochylił się nad taflą wody. Jej kucyk lekko się zamoczył.
– Co w tym idiotycznego? – wzruszył ramionami. Przeszedł się jeszcze kilka kroków, zrobiło się głębiej. Wszyscy na pewno na nich patrzyli.
– Przed chwilą Mark wpieprzył w to bagno Ally, a ja nie chcę być drugą Ally.
– Ally jest bardzo miła – zaśmiał się prosto w jej ucho i pocałował delikatną skórę pod linią szczęki. Powoli zaczął wypuszczać Heather z rąk, więc uczepiła się desperacko jego koszulki.
– Ally jest bardzo…
Urwała, bo w ułamku sekundy znalazła się pod wodą i oszołomiona nie mogła zrozumieć, dlaczego to się stało.
głupia, dokończyła w myślach. Ally jest bardzo miła i bardzo głupia. Zorientowała się, że Blake był tuż obok niej. Otworzyła oczy i go dostrzegła. Uśmiechnął się, a jego twarz otoczyły bąble powietrza. Przycisnął ją do siebie, pocałował po raz kolejny – trochę nieudolnie; zderzyli się zębami i zapiekła ją dolna warga – i pociągnął ją za ramię w górę. Wynurzyli się razem na powierzchnię, dziwacznie spleceni ciałami. Dobiegły ich wiwaty i śmiechy przyjaciół stłoczonych nad brzegiem jeziora.
– Jezu, jaka ty jesteś słodka – rozczulił się Blake. Uszczypnął ją lekko w policzek. Krople wody na jego rzęsach zalśniły w słońcu. Lekko otępiona Jean pokręciła głową. Najchętniej udałaby obrażoną, ale nie chciała już grać w tę grę. Stary Blake miałby gdzieś takie żałosne zaloty. Miałby je gdzieś, bo ona dawniej je uwielbiała. To był jej sposób: podpuszczanie go. Grała zblazowaną, fajną laskę, a on dawał się wciągnąć w tamten teatrzyk. Mógł być w nim rycerskim, porządnym facetem, którego Heather zawsze brakowało. Teraz role się odwróciły. Odwracały się niemal cały czas. Błazen i znudzona księżniczka kontra poważny realista i niegrzeczna dziewczynka.
Zamiast się wściec, odepchnęła się od niego z całej siły. Zachwiał się i znowu zniknął pod wodą, a ona odpłynęła w bok, radośnie machając nogami. Ściągnęła przez głowę mokrą podkoszulkę. Woda z jeziora była nieprzyjemnie ciepła. Śmierdziała, chociaż wszyscy ci entuzjaści przyrody stanowczo by temu zaprzeczyli. Znajomi Blake’a zaczęli kolejno zdejmować z siebie ubrania i wskakiwać do wody; rozpoczęło się totalne szaleństwo, na które Heather w ogóle nie miała ochoty, ale któremu była zmuszona się podporządkować. Nie mogła być dłużej księżniczką. Błazen chciał zatańczyć w parze z niegrzeczną dziewczynką.
Roześmiała się na widok zmierzającego w jej stronę Blake’a, jej błazna. Ochlapał ją i porwał w ramiona, parę razy zakręcił nią w wodzie. Ich taniec. Ktoś wspaniałomyślnie włączył staroświecki magnetofon, rozbrzmiały pierwsze takty Doll Parts.
Było tak, jak już zawsze miało być.

Późnym wieczorem wszyscy przebrani w czyste ubrania i okryci szorstkimi ręcznikami siedzieli przy ognisku, piekąc kiełbaski i pijąc piwo. Otaczały ich namioty w wyblakłych kolorach, trochę zalatujące mysimi szynami i starością. Panowała przyjemna atmosfera niezobowiązującego flirtu i pijackich wyznań. Heather pomyliła się co do Marka i Ally – wcale nie czekali na zapadnięcie zmroku. Migdalili się, nie zwracając uwagi na gapiących się przyjaciół. Ritchie, Lane, Devon, Frances, Kimberly i Olive. Do tego oczywiście ona i Blake. Zahipnotyzowani tańcem ich języków i ohydnymi pomrukami zadowolenia.
 – Dobra, dość. – powiedział w pewnym momencie Lane, klepiąc Marka po przedramieniu. – Będziecie się lizać w namiocie.
Mark odgarnął Ally włosy z twarzy i objął ją. Chyba szepnął jej też coś do ucha, żeby się nie wstydziła. Było to oczywiście niesamowicie idiotyczne, bo Ally nie była nawet w jednym calu wstydliwa.
– Goń się – zaśmiał się. Blake posłał mu dziwne spojrzenie, którego Heather nie umiała rozszyfrować. Zastanawiała się i zastanawiała, ale utknęła.
Przez następną godzinę grała z nim i resztą we wszystkie te gry w stylu „Kogo z tego towarzystwa najchętniej byś przeleciał?”. Przez większość czasu po prostu się śmiała, bo nie umiała wbić się w rozmowę. Blake trzymał ją za rękę i powoli wodził jej palcem po tatuażu na swoim nadgarstku; jej imieniu, siedmiu literach na skórze. Poza tym wdała się w całkiem sensowną pogawędkę z którąś z dziewczyn i mocno zaskoczyło ją to, że jej rozmówczyni była naprawdę bystra i bardzo oczytana. W końcu jej sekret wyszedł na jaw, bo wyznała, że jest znajomą Blake’a z pracy. No jasne. Kancelaria państwa Pye nie zatrudniała prostaków.
Po jakimś czasie towarzystwo zaczęło rozchodzić się do swoich namiotów. Heather także udała się do swojego. Ściągnęła ubrania, wepchnęła je do plecaka i przez następny kwadrans w milczeniu wsłuchiwała się w rozmowy przy dogasającym ognisku. Czekała na Blake’a, bawiąc się pierścionkiem zaręczynowym zawieszonym na srebrnym łańcuszku na jej szyi.
Wreszcie usłyszała jego kroki u wejścia do namiotu. Rozpiął suwak i ciężko opadł na rozłożony wcześniej przez Heather koc. Był przyjemnie podchmielony, jego oddech pachniał słodko. Heather wtuliła się w niego i gapiąc się przed siebie zaczęła zastanawiać się nad tym, w którym dokładnie momencie jej cudowny narzeczony, Blake Pye, zaklinował się pomiędzy jednym życiem a drugim; pomiędzy długimi nocami na haju u boku przypadkowych dziewczyn a codziennym wiązaniem krawata i pieczołowitym zaklejaniem tatuażu na szyi ogromnym plastrem. Była kolosalna różnica pomiędzy domowym Blake’em budzącym ją zapachem świeżej kawy a tym wypadowym, rozpalającym ogień i niebezpiecznie blisko nachylonym nad uchem szepczącej coś konspiracyjnie Ally. Heather wiedziała jednak, że to wszystko przez to, że nie umiał niczego wybrać. Nie umiał odrzucić. Upijanie się ze starymi znajomymi dawało mu wolność, a praca podtrzymywała go, gdy zaczynał wątpić w siebie. Czuł się dzięki niej odpowiedzialny i zabezpieczony na przyszłość. Gotowy do poświęceń. Silny.
Jej tymczasem powinno to imponować. I może faktycznie przez jakiś czas tak było, może naprawdę czuła się oczarowana, ale w końcu wpadła w dziwny wir i nie potrafiła przestać zadręczać się pytaniami o prawdziwą twarz swojego narzeczonego.
W ułamku sekundy podjęła głupią decyzję. Podniosła się i usiadła na nim okrakiem. Czas na test. Podwinęła szybko jego spodenki, uśmiechnęła się tak, jak zwykła to robić kiedyś w takich chwilach. No chyba mi nie odmówisz? Blake pokręcił jednak stanowczo głową. Był naprawdę podniecony, ale pokręcił głową.
– Nie chcę się kłócić, Heather. Nie wolno. Nie teraz, okej? To zły moment.
Próbował ją od siebie odsunąć, ale położyła się na nim i zaczęła go całować. Wszędzie. Oddech mu przyśpieszył. Był wściekły, bo nie mógł nic temu zaradzić i rozżalony, bo wiedział, jak to się skończy, ale przestał się opierać. Wygrał jeden z najbardziej zwierzęcych instynktów.
Zaczęło się. Jęknęła cicho, minęły dwie sekundy bezgłośnej rozkoszy i to był koniec. Heather oderwała się od niego i w milczeniu się wyprostowała, podczas gdy on wpatrywał się w nią przerażony. Już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale on nie miał zamiaru jej słuchać. Zepchnął ją z siebie i podciągnął spodnie.
– Kurwa, mówiłem ci. Przecież ci mówiłem, żebyś tego nie robiła – warknął, męcząc się z zamkiem błyskawicznym otwierającym namiot.
– Nic się nie stało… Powtarzałam to tyle razy. To nic takiego…
– Spieprzaj, co? Dochodzę jak jakiś dzieciak z liceum. To nie jest „nic takiego”!
– Przecież nie chciałam…
– Daj mi spokój.
Rozsunął suwak i wyszedł w wilgotną, ciepłą ciemność. Miotał się chwilę przy namiocie, pewnie szukał papierosów, a potem wskoczył do wody.
Heather natomiast leżała z bijącym sercem w skłębionej pościeli, wrzeszcząc na siebie w myślach. Po co to zrobiła? Była przecież świadoma. Och, wiedziała, jak to się skończy. Naumyślnie naraziła go na wstyd i bezsilność, na niemą wściekłość wypełniającą ich życie od kilku tygodni; rozrastającą się w zaskakującym tempie.
Blake miał głupi, wstydliwy problem, o którym nie chciał rozmawiać. Przez jakiś czas robił dobrą minę do złej gry, w końcu się tym zmęczył i zaczął milczeć. Heather chciała mu jakoś pomóc, ale nie umiała. Mogła go podniecić, pozwolić mu się zaspokoić i udawać, że jej to nie przeszkadza. Tylko tyle.
Gdy mokry i spocony wrócił do namiotu, nie odezwał się nawet słowem. Poczuła, jakby ktoś zgniótł jej wnętrzności i cisnął je gdzieś daleko. Nieśmiało dotknęła jego pleców. Wzdrygnął się, odwrócił i bardzo cicho wyszeptał:
– Nie dotykaj mnie, okej? To źle działa.
Przez resztę nocy oboje udawali, że śpią.

Następnego dnia unikali siebie jak ognia. Zjedli niesmaczne śniadanie nad błotnistym brzegiem jeziora. Rozmawiali z wszystkimi, tylko nie ze sobą. Grupa wspólnie postanowiła, że nie wyruszą w dalszą trasę zgodnie z planem,  tylko pocieszą się świetnym obozowiskiem jeszcze jakiś czas. Do południa wylegiwali się więc w słońcu, potem weszli do wody i przez kilka godzin odbijali plażową piłkę, brodzili na płyciźnie i podtapiali się nawzajem. Około szesnastej, kiedy upał przestał być aż tak dokuczliwy, znowu sięgnęli po piwo. Heather wypiła trochę i poczuła, że robi jej się niedobrze. Ally, nagle dziwnie zatroskana, przytuliła ją, zaproponowała jakieś tabletki. Jean łagodnie odmówiła. Okrywszy się kocem powiedziała, że potrzebuje chwili dla siebie. Blake zaciskał zęby, bo chciał – och, jak bardzo chciał! – złamać tę dziwną umowę między nim a Heather i móc znowu stać się troskliwym, kochanym chłopakiem. Kłótnie zawsze sprawiały, że czuł się stłamszony.
Tak więc nie powiedział nic, gdy Jean maszerowała powoli po lekko stromej skarpie, oddalając się w kierunku jeziora. Jej włosy zebrane w kucyk kołysały się łagodnie. Uparcie nie odwracał wzroku, podczas gdy wszyscy na powrót zatopili się w grze w karty. I to dlatego tylko on widział, jak Heather lekko się chwieje i upada do wody.

Tak, to przez ten głupi wypadek znalazła się w szpitalu. Słabnąc i nurkując w mulistym, cuchnącym jeziorze zakończyła uroczą wycieczkę szlakiem Palamount. Po tym, jak Blake zerwał się z krzykiem z klęczek i puścił się biegiem przed siebie, żeby ją uratować, ktoś zadzwonił po karetkę. W międzyczasie Ally i Kimberly sprzątnęły to, co dało się sprzątnąć. Mark nie pomyślał o apteczce, planując wyprawę, ale znalazł świetny substytut dla każdego z niezbędnych narzędzi i opatrunków. Kiedy po prawie godzinie sanitariusze przybyli na miejsce, Heather była wciąż nieprzytomna. Rana na jej głowie została ponownie opatrzona i zapakowano ją do ambulansu, którym pozwolono jechać tylko trzem dodatkowym osobom:  Blake’owi, Ally i Markowi. Minęła kolejna godzina i wszyscy znaleźli się w upiornie znajomym St. Mary’s Hospital. Potem jeszcze kolejna i Heather odzyskała pełną świadomość. Była trochę otępiona przez środki przeciwbólowe.
Blake siedział w nogach jej łóżka. Mark przechadzał się po sali, a Ally siorbała kawę ze styropianowego kubka. Nie pamiętała, co dokładnie powiedziała po przebudzeniu. Chyba to, że przeprasza i że jest jej przykro, ale nie była pewna. Fala bólu zaczęła powoli obmywać jej ciało, najpierw tylko lewą stronę.  Przemknęło jej przez myśl, że jest sparaliżowana i że spędzi resztę życia przykuta do wysłużonego wózka inwalidzkiego. Jednak gdy postanowiła unieść dłoń, udało jej się. Znowu zasnęła i gdy obudziła się po kilkunastu minutach, ujrzała przed sobą mężczyznę w białym kitlu. Miał około trzydziestu pięciu lat, żuł gumę i był przystojny. Nawet niedorzecznie przystojny.
– Panno Blythe, czy wie pani, gdzie się pani znajduje?
Pokiwała nieśmiało głową, a Blake odruchowo złapał ją za rękę.
– Wszystko jest w porządku, zrobiliśmy badania i jeszcze dzisiaj możemy panią wypisać. Niepokoi nas tylko obecność alkoholu w pani krwi…
– Heather nie była pijana. – rzucił podenerwowany Mark, rzucając lekarzowi zniecierpliwione spojrzenie. – Przynajmniej nie na tyle, żeby było to przyczyną wypadku.
– Cóż, muszę pana poinformować, że jakakolwiek ilość alkoholu jest stanowczo niewskazana dla kobiet w ciąży.
Blake zrobił wielkie oczy i rozkaszlał się. Mark z łomoczącym sercem przysunął się bliżej niego i zaczął walić go otwartą dłonią w plecy: raz, dwa, trzy.
– W ciąży? – wymamrotała Heather, skopując pościel. – Jak to w ciąży?
Na twarzy lekarza wymalowało się zdziwienie. Chrząknął coś, zerknął do notesu. Heather pokręciła głową i odepchnęła go, żeby dostać się do drzwi. Wypadła na korytarz, zatłoczony i przerażająco jasny, a potem pobiegła w stronę wind.

W tamtym momencie w grze pojawił się nowy pionek. Coś. Żart losu.

____

Ha. Haha. Nie wiem, czy się spodziewaliście, czy nie. Ja w każdym razie nie.
Nie chcę wiele tu pisać, bo kilkukrotnie zostałam zrugana za zdradzanie treści w adnotacji  pod rozdziałem (tak, są ludzie czytający ją z jakichś powodów w pierwszej kolejności).
Ten rozdział powstałby szybciej, ale coś mi wypadło. I w sumie dobrze, bo gdyby nie wypadło, byłoby chyba słabiej. A jestem dość zadowolona.
No, a poza tym są wakacje i pewnie rozjechaliście się we wszystkie strony świata. Ja znikam na dłużej pod koniec lipca, ale możliwe, że tak mnie natchnie wyjazdowa aura, że będę wówczas produktywna. Wam też tego życzę. Wolne od szkoły to czas, w którym najlepiej załatwić wszystkie te rzeczy, na które nie ma się czasu w ciągu roku. I ja staram się to robić. Postaram się spiąć i dodać coś szybciej. Komentujcie, plujcie jadem i takie tam. Serwus!

sobota, 18 czerwca 2016

26.Taste on my tongue, I don’t wanna wash away the night before.




Co ty robisz?, pytał czasem sam siebie. Co ty do cholery jasnej robisz, Chester? I choć jego własny, rozpaczliwie wściekły głos nie cichł jeszcze przez jakiś czas, Chaz nie umiał przestać. Odpowiedzieć zresztą też.

Każdy kolejny pocałunek skradziony w gęstym, bezimiennym tłumie albo w którymś z ciasnych pokojów hotelowych miał być tym ostatnim. Każdy kolejny dotyk miał być pożegnaniem. Cały Michael Kenji Shinoda miał skończyć się dawno temu. Tymczasem nieprzerwanie trwał i trwał, podczas gdy psujący się nieustannie tour bus pokonywał kolejne kilometry, a zespół zdobywał coraz więcej fanów na zachodnim wybrzeżu. Los Angeles, Stocker Street i studio Warner Bros zapadały się w sobie; daleko, daleko za plecami Chestera, ale wydarzenia, których świadkami zostały ściany kalifornijskich budynków wcale się nie rozmywały, wręcz przeciwnie, były wyraźniejsze i ostrzejsze.
Czasem Chester przerażony budził się nagle w nocy, bo sny, w których ktoś niespodziewanie pociągał za klamkę w chwili, gdy on i Mike obściskiwali się ze sobą na kanapie, nachodziły go niemal za każdym razem, kiedy zasypiał. Mamrocząc pod nosem i przecierając rozespane oczy decydował wówczas, że naprawdę czas wszystko skończyć. Następnego dnia jednak w jakiś sposób zagłuszał uczucia. Wydzierał się do mikrofonu podczas występów, wlewał w siebie tanią wódkę, w pijackim szale klął, gapiąc się w migoczące światłem tysiąca gwiazd niebo i cholernie żałując wszystkich swoich decyzji.

Poza popełnianiem najgorszych błędów życiowych zdobywał sławę; niewątpliwie i niezaprzeczalnie piął się na szczyt. Czy jednak mógł powiedzieć o tym coś więcej? Nie, bo w rzeczywistości nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, czym stała się kapela garażowa, do której dołączył kilka miesięcy wcześniej. Pierwsza trasa kojarzyła mu się później z jednym wielkim otępieniem, głośnym szumem krwi w skroniach i smakiem ust Michaela. Jakby przez cały miesiąc śnił długi, męczący sen.

Kiedy któregoś wieczoru, chyba w okolicach Święta Dziękczynienia, leżał pijany na swojej pryczy w części busa spełniającej funkcję sypialni dla członków zespołu, ktoś niespodziewanie szarpnął zasłonką odgradzającą go od reszty świata i opadł ciężko na posłanie. Chester uniósł się na łokciach.
– Miło cię widzieć – wybełkotał, po czym przesunął dłonią po mokrej od potu klatce piersiowej. Mrok ogarniający wnętrze busa rozświetlało światło przepalającej się powoli żarówki. Mike uśmiechnął się tajemniczo. Bennington zaśmiał się cicho, przyciągając go do siebie.
– To będzie prawie gwałt z wykorzystaniem środków odurzających – mruknął pomiędzy pocałunkami. Oddech Shinody cuchnął dymem tytoniowym, ale Chaz wyjątkowo to lubił. Tak właściwie to lubił w nim wszystko. Oszalał na jego punkcie, zdecydowanie można było tak powiedzieć, choć Chaz stanowczo by się tego wyparł, bo nie chciał w to wierzyć. Tymczasem coraz mocniej i mocniej przywiązywał się do długich rzęs, zwinnych ruchów i lekko łobuzerskiego uśmiechu. Mike nigdy nie miał stać się dla niego kimś więcej niż przyjacielem. Z jakichś powodów jednak do tego doszło, a Chester nie miał pojęcia, jak ma to wszystko odkręcić. Poza tym chyba bawił się dobrze, bo zawsze lubił seks i snucie mało realistycznych planów na przyszłość.
W pewnym momencie na zewnątrz  rozległ się przytłumiony hałas.
– Jesteśmy sami? – Chester zmarszczył brwi i odsunął się gwałtownie od Mike’a.
Shinoda narzucił na plecy koszulę. Zerknął na zegarek, po czym westchnął:
– Ta, powinniśmy być. Reszta wraca za pół godziny.
Bennington przycisnął dłoń do ust. Wyprostował się, żeby lepiej widzieć Michaela siedzącego po przeciwległej stronie łóżka. Przez następnych kilka minut przyglądał mu się uważnie, odpalając papierosa. Nastrój jakoś się ulotnił, zrobiło się cierpko.
– Dlaczego pocałowałeś mnie po powrocie z Agoury, co? – odezwał się po kilku minutach milczenia Mike. Zabrzmiał wtedy, jakby uwalniał coś, co więziło go przez dłuższy czas. Jakby pozbywał się ciężaru pytania pozostawionego bez odpowiedzi. Chester wypuścił dym przez nos i spojrzał zszokowany w nieruchomą twarz Shinody. Kilkukrotnie powtórzył w myślach to, co usłyszał, nie mogąc zdecydować się, czy Michael naprawdę to powiedział. Gdy wreszcie do niego dotarło, że tak, że choć był kompletnie pijany, to nie było złudzenie, Mike miał zmarszczone brwi i ramiona skrzyżowane na piersi. Czekał.
– Bo tego chciałem – odparł Chaz, odgarniając mu włosy z czoła.
Nieprawdopodobna okazja do definitywnego przekreślenia tej głupiej miłości odeszła.
– W takim razie mogłeś poprzestać na pocałunku przy pianinie.
Tak, Mike trafił tymi słowami w punkt. Chester nie skłamał, mówiąc, że chciał to wtedy zrobić. Po prostu nie powiedział całej prawdy. Pragnienie wpicia się w miękkie wargi Mike’a wybujało w nim już dawno, dawno temu. Nigdy jednak by go nie spełnił, gdyby w Agourze nie doszło do niczego pomiędzy nim a Heather.
– Czy możesz się zamknąć i kontynuować brutalny gwałt na skacowanym bożyszczu nastolatek? – parsknął Chester, gasząc papierosa o chropowatą ścianę, bo nie umiał nie przyznać Mike’owi racji.

Nie wrócili do tej rozmowy w ciągu następnych dni. Dopiero wtedy, gdy dotarli do Virginia Beach, Mike nie wytrzymał i jeszcze raz postanowił domagać się prawdy.

~*~

Heather delikatnie masowała dłońmi napięte mięśnie brzucha, żeby ulżyć sobie w bólu. Możliwe, że zaraziła się od Jennifer, swojej współpracowniczki, jakimś paskudnym wirusem podczas ostatniej porannej zmiany w kawiarni. Jen nie wyglądała wtedy dobrze; miała zaczerwienione oczy i co chwilę pociągała nosem. Każdy normalny pracodawca odesłałby ją do domu, ale Simon Burlin postanowił zignorować podstawowe zasady higieny pracy i udawać, że wszystko jest w porządku.
Poza tym Jean czuła się paskudnie nie tylko w sensie fizycznym. Przebywanie w pobliżu znienawidzonej przez nią dzielnicy miniaturowych domków oklejonych plastikową okładziną imitującą drewno było okropne. Nie mogła jednak tego uniknąć. Blake zachęcony jej głupimi namowami odwiedzał córkę niemal każdego dnia. I choć jakaś część jego duszy doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Heather czuje się nieswojo w ciasnym salonie Megan z niemowlęciem przyciśniętym do piersi, bardzo często zabierał swoją narzeczoną ze sobą. Już podczas jednej z pierwszych wizyt Jean poprzysięgła sobie, że będzie za wszelką cenę unikać patrzenia na Brooklyn. Kiedy za którymś razem Meg niespodziewanie położyła ją na jej kolanach, miała ochotę strząsnąć małą z siebie; wzdrygnąć się i zwymiotować.
Wtem za jej plecami rozległ się odgłos zatrzaskiwanych drzwi i Blake pojawił się na horyzoncie. Truchtem pokonał dystans dzielący go od samochodu.
– Megan spodobały się ubranka, które wybrałaś dla Brook  – powiedział wesoło, wsiadając do środka.
– To świetnie – uśmiechnęła się słabo Jean, zapinając pas. Blake nie zwrócił na jej słowa większej uwagi. Pomachał do Megan przyglądającej mu się z okna, odpalił silnik i odjechał. Heather zakręciło się w głowie, kiedy zjeżdżali z wysokiego wzniesienia.
– Mógłbyś jechać trochę wolniej? – szepnęła, delikatnie kładąc dłoń na przedramieniu Pye’a. Obrzucił ją zaskoczonym spojrzeniem.
– Nadal ci niedobrze?
– Zwolnij.
Spełnił jej prośbę i w następny zakręt wszedł dużo łagodniej. Pozostawili za sobą pole pełne maleńkich białych domków i zardzewiałych huśtawek i pędzili teraz pustą, asfaltową drogą.
– Powinniśmy zaprosić Meg i Brook na weekend.
Zrobiło jej się sucho w gardle. Puściła materiał swetra Blake’a i ułożyła dłonie na kolanach. Szosa robiła się naprzemiennie bardzo wąska i bardzo szeroka, a drzewa rosnące na poboczu zbliżały się i oddalały. Po raz kolejny poczuła, że zbiera jej się na wymioty.
– Miałyby u nas nocować? – zapytała zdziwiona Heather. Blake zerknął na nią szybko.
– Coś nie tak? – zapytał, marszcząc brwi. Był szczęśliwy. Wcześniej Heather zapewniała go, że nie musi bać się kontaktować się z córką. Teraz zachowała się dziwnie.
– Zatrzymaj się na moment – powiedziała słabym głosem. Odgarnęła włosy z czoła. Skurcze żołądka były coraz gorsze. Zaczęła się miotać; najpierw długo męczyła się z odpięciem pasa, później gorączkowo grzebała w swojej torebce. W którymś momencie otworzyła schowek, z którego wysypały się dziesiątki płyt CD. Dziewczyna zaklęła i pośpiesznie zabrała się za upychanie ich z powrotem na miejsce. Blake zjechał na pobocze i wyciągnął kluczyki ze stacyjki.
– Co ci jest? – dotknął pleców Heather. Mięśnie miała napięte, skórę chłodną. Pokręciła pośpiesznie głową i szybko wysiadła z pojazdu. Zdążyła zrobić kilka kroków, zanim zgięła się w pół i zwymiotowała. Blake był przy niej już kilka sekund później. Objął ją ramionami, a potem przytulił jej policzek do swojego.
– Wracamy do domu – wyszeptał poważnie wprost do jej ucha. Podał jej chusteczkę higieniczną i pomógł wsiąść do auta.

Wieczorem jak zwykle ślęczał nad dokumentami przywleczonymi do domu z kancelarii i nie całkiem świadomie wypalał dziesiątego z kolei papierosa, siedząc na leżaku przy basenie. Właściwie było to dość ryzykowne, bo wystarczył tylko jeden podmuch wiatru, żeby spięte zszywkami arkusze papieru wylądowały w cuchnącej chlorem wodzie. Blake ubił jednak pracować w ten sposób. Ściany od zawsze go przytłaczały; czuł się wówczas wciśnięty w ramy, stłamszony. Poza tym nie chciał przeszkadzać Heather, która po powrocie od Megan od razu położyła się do łóżka. Przez jakiś czas próbował się nią zajmować; pomógł jej włożyć piżamę i przygotował dla niej ciepłą herbatę, ale kiedy zauważył, jak bardzo jest wyczerpana, dał sobie spokój.
Zaczynało się ściemniać. Sąsiedzi od południa przesiadujący na zewnątrz wyłączyli magnetofon, z którego płynęły łagodne dźwięki chopinowskiego Impromptu Op. 36. i przenieśli się do środka. Blake postanowił zrobić sobie przerwę. Wstał, rozprostował plecy, ostatni raz zaciągnął się papierosem, po czym odrzucił go na kafelki. Ruszył powolnym krokiem wzdłuż basenu. Szedł w ciszy, wbijając wzrok stalowoszarych oczu w swoje bose stopy. Gdy dotarł do końca wyznaczonej trasy, rozłożył ręce na boki, zbliżył się do krawędzi i odwrócił się. Zachwiał się lekko, ale w porę złapał równowagę, unikając wypadku. Opuścił ramiona. Odetchnął głęboko, przyglądając się wodzie iskrzącej się w świetle gasnącego słońca. Niewiele myśląc ściągnął koszulkę i odrzuciwszy ją na ziemię, wykonał skok.
 Minęło parę dłuższych sekund, zanim się wynurzył. Odgarnął z czoła mokre włosy i otarł dłońmi oczy. Nie odejmując ich od twarzy wypuścił powietrze z płuc. Potrząsnął głową; aby nieco się uspokoić ponownie zniknął pod wodą i przepłynął całą długość basenu. Potem znowu i znowu. Dość miał dopiero po piętnastu minutach. Podpłynął do drabinki i wyszedł z basenu. Przez kolejny kwadrans siedział na brzegu, susząc włosy ręcznikiem i wsłuchując się w wieczór obejmujący miasto ramionami. Otoczyły go cykady, niezwykle charakterystyczna upojna wilgoć, ciężka i pachnąca trochę jak woda jeziora w upalny dzień, cienie przebiegające po roślinach o twardych liściach i mięsistych owocach. Kiedy Blake wyniósł się od rodziców i zamieszkał w centrum Los Angeles, co noc wychodził na dach, żeby poczuć to niesamowite odurzenie. Zamykał wtedy oczy, a wszystko po prostu przez niego przepływało, niczym dziwny, lodowaty prąd. Teraz, po tym jak za namową rodziny przeprowadził się do znacznie porządniejszej dzielnicy, ciężko było mu osiągnąć taki stan. Potrzebował ciszy, ale to ciszy zupełnej.
W pewnym momencie wreszcie poczuł łagodny dreszcz w okolicy kręgosłupa. Napłynęło rozluźnienie, wszystkie problemy rozmyły się w ciągu jednej sekundy, umysł w magiczny sposób się oczyścił. Chłopak podniósł się chwiejnie i przespacerował się po ogrodzie z rękami w kieszeniach. Jego wzrok przykuł spoczywający na siedzisku wiklinowego fotela egzemplarz gazety. Poczuł dziwny impuls. Coś się w nim w tamtej chwili odezwało; coś, co przypominało stłumiony ryk. Serce zapaliło mu się tęsknotą za nocami spędzanymi z  roziskrzonymi gwiazdami rozsypanymi po atłasie nieba. Chwycił gazetę w dłonie i szybko ją przekartkował. Papier był lekko pofalowany od wilgoci. Miesięcznik Home, który Heather znalazła któregoś dnia w autobusie, musiał leżeć na tarasie już dość długo. Pierwsze kilka stron było sklejonych czymś, co przypominało gęsty wiśniowy syrop, pachniało słodko i lepiło się do palców. Blake’a nie interesowały jednak w ogóle umieszczone na początku artykuły dotyczące sztuki Feng shui, tylko szeregi ogłoszeń. Poświęcono im kilkanaście stron ze względu na długie opisy wyposażenia i dużą liczbę zdjęć. Blake oparł się o ścianę i wczytał w tekst pierwszej z ofert. Im dłużej przyglądał się fotografiom domów i mieszkań na sprzedaż, tym wyraźniej słyszał w głowie odgłosy pakowanych do bagażnika pudeł z przedmiotami codziennego użytku i tym wyraźniej widział szczęście w jasnozielonych oczach swojej narzeczonej.

Heather klęczała nad muszlą klozetową, przyciskając nadgarstek do ust, żeby powstrzymać wymioty. Zapach żółci i stojących nieopodal środków chemicznych sprawiał, że kręciło jej się w głowie. Miała ochotę rozkaszleć się i rozerwać sobie płuca, byleby tylko poczuć się odrobinę lepiej. Po wlaniu w siebie całej buteleczki kropli żołądkowych (i sumiennym napełnieniu jej później wodą z kranu w celu uniknięcia pełnych troski pytań Blake’a) oraz połknięciu pięciu różnych leków miała wrażenie, że nudności nigdy nie ustąpią.
Nie miała jednak racji, bo po paru głębszych wdechach i uspokojeniu szamoczącego się w piersi serca coś się w niej poluzowało i ból w okolicy pępka nieco zelżał. Dziewczyna odgarnęła włosy do tyłu i związała je ciasno czarną gumką. Wyprostowała się, po czym wstała z klęczek, żeby podejść do umywalki. Odkręciła kurki i zanurzyła twarz w strumieniu zimnej wody. Wszystko w niej wrzeszczało z frustracji; każda pojedyncza komórka biła na alarm, bo coś było nie tak. Kiedy w lustrzanym odbiciu Heather ujrzała swoją przemęczoną twarz: zaciśnięte usta, przekrwione oczy, napięte mięśnie żuchwy i policzków, zapałała nagłą nienawiścią do samej siebie. Podjęła natychmiastową decyzję o wzięciu się w garść. Sięgnęła po wiszący na uchwycie szafki z ręcznikami koronkowy, sprany biustonosz, wsunęła ręce w ramiączka i kilkoma niezgrabnymi ruchami zapięła zatrzaski na plecach. Dłuższą chwilę poświęciła na doprowadzenie się do porządku. W końcu zdecydowała, że jest gotowa, żeby wyjść.
Blake’a siedział w na kanapie w salonie. Owinięty w pasie ręcznikiem i przykryty beżowym pledem z tarasu, ze szklaneczką whisky w dłoni i stertą papierów na kolanach. Na stoliku leżała otwarta gazeta, do której zerkał co chwilę.  Miał zmarszczone brwi i bardzo poważną minę.
– Mógłbyś ściąć włosy – powiedziała Heather nieco ochrypłym głosem, kładąc dłoń na ramieniu narzeczonego pokrytym gęsią skórką. Chłopak podskoczył lekko ze strachu i obejrzał się na nią. Po jego dłoni spłynęła strużka alkoholu.
– Cholera, przestraszyłaś mnie. – gwałtownie wypuścił powietrze z płuc. – I powinnaś być w teraz łóżku.
– Już mi lepiej.
Przeskoczyła przez oparcie sofy i usadowiła się na kolanach Blake’a. Spostrzegła, że przeniósł wcześniej telefon stacjonarny na stolik znajdujący się tuż obok.
– Jakaś dłuższa rozmowa? – mruknęła wskazując go palcem.
– Właściwie to tak. Mark dzwonił.
Heather uniosła lekko brwi. Odwróciła się do narzeczonego i położyła mu dłonie na ramionach.
– Chce nas zabrać na jakiś kemping za miasto. Wyjechalibyśmy jego jeepem, później zostawilibyśmy samochód na jakimś parkingu. Znalazł jakąś trasę; trzydzieści pięć kilometrów. 
– Od kiedy kręcą was takie rzeczy? – Blythe lekko przesunęła dłonią po linii szczęki chłopaka. Po twarzy przebiegł mu cień uśmiechu.
– Nie wiem, to może być fajna zabawa.
Powoli obrysowała palcem wskazującym jego usta. Dolną wargę miał nieco spierzchniętą. Lekko przygryzła język. Na twarzy wymalowało jej się pełne skupienie.
– Zgadzasz się? – mruknął, unosząc lekko jej brodę.
Bardzo delikatnie ujęła jego twarz w dłonie. Pocałunek, który złożyła po chwili na jego ustach na bardzo długi czas stał się jego ulubionym. Był taki subtelny i słodki. Gdy wspominał go później w pracy, momentalnie robiło mu się gorąco.
– Zgadzam – szepnęła, odsuwając się na milimetry. Jej szept połaskotał go w szyję.

~*~

Chester napisał w trasie wiele listów. Najwięcej jednak zaadresował do Heather. Czy kiedykolwiek je wysłał? Nie. Trzymał je ciasno związane ze sobą sznurkiem pod materacem. A o czym pisał? O wszystkim, naprawdę o wszystkim. O tym, jak bardzo się gubi i jak bardzo nie rozumie, dlaczego ludzie stojący pod sceną wykrzykują jego imię. O tym, że tłum śpiewający z nim Crawling i With You go przeraża. O tym, że oprócz snów, w których pieprzy się z Michaelem, miewa koszmary o tonięciu w morzu wyciągniętych w górę rąk i spoconych ciał. O tym, że wcale nie chciał całować Mike’a po powrocie z Agoury. I że żałuje, że wszystko potoczyło się właśnie w taki sposób.

Heather, piszę kolejny cholerny raz. Wiesz, co u mnie. Nominowano nas do Grammy i wkrótce na moją twarz jeszcze łatwiej będzie ci się natknąć. Ja i Michael? Pieprzymy się. Całujemy tak często, jak to możliwe. Raz prawie powiedziałem mu, że go kocham i wcale nie mam przez to wyrzutów sumienia. A co z tobą? Czy twój obrzydliwie bogaty narzeczony zaplanował już waszą noc poślubną?

Odchrzań się ode mnie i wyjdź z mojej głowy,

Chaz

---
Tak, prawdopodobnie wydaje wam się, że to rozdział o niczym, ale to nieprawda. Mocno nieprawda. Poza tym wow, nawet się nie spostrzegłam, kiedy go skończyłam. A następny już się pisze.

wtorek, 31 maja 2016

25.This lullaby was not supposed to make you cry.



Okna wspomnień zamykały się i otwierały, zamykały i otwierały, zamykały i…

– Tęskniłem.
– Wiem.
Zmrużyła oczy i pozwoliła, by ścisnął ją za rękę. Wieczór był ciepły; słońce skryło się za widnokręgiem i właściwie pozostały po nim już tylko rozlewające się po niebie barwy.

Zawsze lubiła przesiadywanie na tarasie domu Blake’a. Na werandzie w Fields farba odpryskiwała ze ścian, a rośliny doniczkowe więdły niesamowicie szybko. U Mike’a cuchnęło dymem i środkami owadobójczymi. Tutaj, otulona silnymi ramionami mężczyzny, który naprawdę zrobiłby dla niej wszystko i przyjemnie otępiona słodkim winem, Heather czuła się bezpieczna.
– Nudno tu bez ciebie.
– Będziesz miał jeszcze okazję się mną zmęczyć.
Blake uśmiechnął się półgębkiem i przycisnął dłoń dziewczyny do swoich ust. Minęło kilka dłuższych sekund, zanim Jean ponownie się odezwała:
– Tam jest zupełnie inaczej, wiesz? Wyjedźmy stąd.
Sama dokładnie nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się to powiedzieć. Bardzo chciała uwierzyć w to, że zrobiło jej się z Blake’em tak dobrze, że naprawdę zapragnęła lepszej przyszłości. W głębi duszy wciąż słyszała jednak trzask naprzemiennie otwierających się i zamykających okien; huk drewnianych okiennic, zza których wyraźnie przebijał się obraz jej samej ulegającej pocałunkom kogoś, z kim kilkanaście godzin wcześniej pożegnała się na zawsze.
– Gdzie chcesz wyjechać? – zapytał zdziwiony. Heather wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. Gdzieś.
– Nie podoba ci się tu?
Niemal natychmiast zdał sobie sprawę z tego, że zadał jej idiotyczne pytanie, bo przecież sam bardzo chętnie wyjechałby z cuchnącego spalinami Los Angeles, porzuciłby pracę i sprzedałby dom.
– Nie – szepnęła Jean,
– Mam zobowiązania, mała – mruknął jej do ucha i wstał.
Jak na zawołanie w głębi domu odezwał się dzwonek telefonu. Blake posłał Heather speszone spojrzenie i wszedł do środka. Jean odwróciła się; przez uchylone drzwi widziała sylwetkę swojego narzeczonego krzątającego się po salonie ze słuchawką przyciśniętą do ucha. Choć znajdował się dość blisko, nie słyszała jego słów. Najwyraźniej mówił szeptem. Mimo wszystko to i tak nie miało znaczenia, bo Heather doskonale wiedziała, kto dzwonił.

Zanim Blake zdecydował się wrócić na werandę, poszedł do kuchni i wyciągnął z lodówki butelkę swojego ulubionego piwa. Oparty biodrami o marmurowy blat upił kilka potężnych łyków. Zdarł naklejkę z szyjki butelki, zgniótł ją w kulkę, a potem bezmyślnie cisnął nią w kierunku kosza na śmieci. Przez okno wychodzące na podwórko widział pełen liści i martwych owadów basen, zaniedbane drzewa oraz odmalowany białą farbą wysoki płot, który miał naprawić już jakiś czas temu. Zapewne zrobiłby to wcześniej, gdyby jego sąsiedzi byli trochę bardziej kłopotliwi. Żyjąc obok pary nobliwych staruszków, zapomina się o typowych idiotycznych kłótniach.
Lekko podirytowany odstawił butelkę na stół i dopiero wtedy skierował się ku szklanym, przesuwnym drzwiom oddzielającym taras od reszty domu.
– Porywam cię – oznajmił Heather, uśmiechając się od ucha do ucha. Czasami sam siebie zaskakiwał tym, jak świetnie wcielał się w rolę wolnego od trosk lekkoducha.  Dziewczyna zmarszczyła brwi.
– Co z zobowiązaniami?
– Nie mówmy o nich dzisiaj, co? – przesunął językiem po zębach i jedną z dłoni wplótł w swoje ciemne, gęste włosy. Jean odstawiła pusty kieliszek po winie na niski stolik i podeszła do narzeczonego. Chłopak objął ją w pasie, a potem delikatnie musnął wargami jej usta.
– Nie wstyd ci tak przed sąsiadami? – zaśmiał się cicho, ciągnąc lekko za biały, puszysty ręcznik, którym owinęła nagie ciało po kąpieli. Jean pokręciła gwałtownie głową, a potem wtuliła się w jego tors. Stali tak przytuleni jeszcze przez jakiś czas, nim Blake lekko klepnął Heather w pośladki, popchnął w kierunku drzwi i ze śmiechem na ustach kazał jej się ubrać.

Kiedy Jean zaszyła się w ich wspólnej sypialni, on mógł przez chwilę pobyć sam z własnymi myślami. Przez dłuższy moment wzbraniał się przed podejściem do milczącego złowieszczo telefonu, w końcu jednak chwycił za słuchawkę i ułożywszy ją sobie na ramieniu, wybrał numer, który najchętniej wyrzuciłby z pamięci.

Głos Megan był lekko zniekształcony, poza tym w oddali słychać było szum i jakieś dziwne, niewyraźne dźwięki. Podczas krótkiej rozmowy West poprosiła o spotkanie, na które oczywiście nie miał wcale ochoty przychodzić. Heather wróciła do Los Angeles nieco ponad dwadzieścia cztery godziny wcześniej i nie zdążył spędzić z nią tyle czasu, ile chciał.
Najchętniej przywiązałby ją do siebie, aby uniknąć dni podobnych do tych spędzonych w mieszkaniu Marka, kiedy ona była daleko, tak cholernie daleko. Nienawidził jej, gdy pozwalała sobie na takie zachowanie. I nienawidził siebie, bo wiedział, że robi to z miłości do niej. Może zresztą zareagowałby na jej nagły wyjazd inaczej, gdyby wcześniej się jej nie oświadczył. Zauważył, że myślał o niej z dwukrotnie większą czułością, odkąd zgodziła się zostać jego żoną. Był z tego powodu gotów płaszczyć się przed nią, byleby tylko była szczęśliwa. Wiedział, że rola ojca mocno ograniczała możliwości oczarowania jej jakimś niespodziewanym wyjazdem za miasto albo wspólnym wieczorem. Mark, będący chyba najbardziej poruszony jego ostatnimi decyzjami, wyłożył mu to kilka dni temu krótko i zwięźle. I choć Blake desperacko pragnął nie móc przyznać mu racji, w duszy wiedział, że mała Brook była najlepszym argumentem przemawiającym za tym, że powinien odpuścić sobie małżeństwo z Heather.
Jednak mimo wszystko wciąż zastanawiał się, dlaczego miałby zapomnieć o własnym szczęściu na rzecz dziecka. Kochał Brooklyn, to było dość oczywiste, ale nie mógł sobie darować, że stanowi ona przeszkodę na drodze, której szukał od lat. Jego drodze z Heather. Jego wymarzonej, uporządkowanej drodze.

Wypuścił powietrze przez nos i odłożył słuchawkę na widełki. Nie miał ochoty zaprzątać sobie głowy głupimi prośbami Megan. Odkąd głupio przyrzekł jej, że postara się zrobić dla niej i Brook wszystko, co w jego mocy, coraz częściej dostawał od niej bezsensowne, irytujące wiadomości. Gubił się w tym gównie. Miał dość. Stanowczo dość. I najgorsze było to, że nie mógł pod żadnym pozorem dać tego po sobie poznać.
Uśmiechnął się parę razy na próbę do swojego ponurego odbicia lustrzanego. Dopiero gdy zrozumiał, że tamtego dnia nie stać go na wiele w kwestii wyrazu twarzy, powlókł się do sypialni, gdzie przez chwilę podroczył się z przeszukującą szafę Heather, a potem przebrał się w czystą koszulę. Po upływie piętnastu minut był gotowy; siedział w samochodzie i bębnił palcami o kierownicę, czekając na Jean. W radiu po raz setny tamtego dnia słyszał pieprzone In The End. Głos Benningtona działał mu na nerwy.
 Odwrócił się. Heather zbliżała się do samochodu z dwiema puszkami oranżady w dłoniach. Wygiął się więc pod dziwnym kątem, żeby otworzyć jej drzwi. Jean zajęła miejsce i zapięła pas.
– Przystojniak z ciebie – sapnęła, zerkając na profil twarzy narzeczonego. – Lubię cię takiego.
Ostrożnie otworzyła puszkę, rozległ się cichy syk.
– Noszę koszule poza pracą tylko i wyłącznie dla ciebie, pamiętaj.
W odpowiedzi uśmiechnęła się tak pięknie, że przez kilka sekund Blake miał wrażenie, że roztopiła mu tym uśmiechem serce.
 ~*~

– Kurwa mać – warknął Chester i zamarł w bezruchu. Michael odsunął się od niego na bezpieczną odległość. Dotknął swojej nagiej piersi i odetchnął ciężko.
– Ubierz się – polecił mu Chaz, odchodząc od ściany, do której kilka minut temu przycisnął go Mike. Rozmasowując lewy nadgarstek, podszedł do drzwi i rozejrzał się po pustym korytarzu.
– Świrujesz – wydyszał Shinoda, ponownie mocno obejmując Benningtona w pasie.
– Naprawdę coś usłyszałem.
Mike wzruszył ramionami i narzucił na ramiona flanelową koszulę przewieszoną nonszalancko przez oparcie krzesła.
– I po prostu wolę, żeby na razie było cicho, okej? – szepnął Chester. Wyciągnął ręce przed siebie i bez słowa zaczął zapinać guziki koszuli Michaela. Shinoda delikatnie uniósł prawy kącik ust.
– Wiem. Sorry.
Na krótką chwilę zapadła cisza: Chester ze skupieniem na twarzy poprawiał Shinodzie kołnierzyk, podczas gdy Mike wpatrywał się w niego uważnie.
– W ogóle to ja… – zaczął, wsuwając dłonie do kieszeni niebieskich, wytartych jeansów.
– Co?
– I ty…
– Co? – Chaz uniósł wzrok i lekko zmarszczył brwi. Zaczął skubać zębami rozciętą wargę. Kiedy spojrzenia jego i Mike’a się spotkały, poczuł, jak zalewa go fala paraliżującego każdą komórkę ciała ciepła. Nie mógł jednoznacznie stwierdzić, czy było to przyjemne uczucie. Był jednocześnie podniecony i zaniepokojony; stanowiło to razem cholernie wybuchową mieszankę. Uniknąłby tego gówna, gdyby nie był na tyle głupi i nie obściskiwał się z Michaelem w studiu pełnym ludzi.
– Skoro powiedziałeś „na razie”… Czy będzie dla nas jakieś „potem”? Właściwie… Czy w będzie dla nas jakieś „cokolwiek”?
– Przywykłem do katastrof.
Puścił koszulę Michaela. Wpatrywał się w niego jeszcze przez moment, zanim przyciągnął go do siebie i mocno pocałował w usta. Tak zwyczajnie, całkowicie impulsywnie. Nie miał planu na tę miłość. I nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele ryzykował, narażając się na przyłapanie przez Jeffa albo cholerną sprzątaczkę. Nie wiedział, czego miał oczekiwać od relacji tak chorej i pokręconej, jak ta. Jednocześnie jednak rozumiał, jak wielki błąd popełnia, wchodząc do głębokiego, cuchnącego bagna fascynacji Michaelem Shinodą. Wiedział głównie dlatego, że całkowicie nie rozumiał swoich uczuć. Poza tym pozwolił sobie na rozwijanie tej wynaturzonej, zwierzęcej namiętności, bo miał w tym cel. Wpakował się w to wszystko z jednego powodu.
Powód ten od kilku miesięcy nie przebywał już na Stocker Street; miał ręce, nogi, układ krwionośny, lekko kpiący uśmiech na ustach i na imię Heather.

~*~

– Co ci jest? – zaniepokoiła się Jean, patrząc na markotniejącego Blake’a, który od dwudziestu minut nie odezwał się ani słowem. Patrzył się na nią ze smutnym wyrazem twarzy i mieszał kolorową słomką sok w szklance.
– Nic takiego – odparł lekko zachrypniętym głosem.

Siedzieli przy stoliku pod parasolem, tuż obok jednej z wielu knajpek oferujących ociekające tłuszczem frytki i ciepławe piwo. Kilkadziesiąt metrów dalej fale oceanu z cichym pluskiem rozmywały się o piaszczysty brzeg. Promenadą ciągnącą się kilkanaście kilometrów wzdłuż linii brzegowej spacerowali roześmiani ludzie; opalone kobiety w długich, kolorowych sukienkach, ich lekko fajtłapowaci mężowie i dzieci ubrane w śmieszne ubranka podobne do tych, w jakie wciska się kościste pieski Chihuahua.
Niskie ogrodzenie z wysuszonej, patykowatej trawy otaczające zatłoczone stoliki obwieszone było kolorowymi lampionami. Z głośników – zaczepionych niewiadomo gdzie – sączyła się jakaś nastrojowa melodia. Wszystko było na swoim miejscu: spacerowicze, rozmowy, pełne popielniczki, cuchnący popcorn i lepiąca się do rąk różowa wata cukrowa. To był jeden z wielu ciepłych wieczorów na zachodnim wybrzeżu. Heather zapomniała o ich istnieniu w ogóle. Może to dlatego było jej w tamtym momencie tak miło.

– Przecież widzę – nachyliła się do przodu i złapała chłopaka za rękę. Wiatr zwiał jej kosmyk włosów na twarz, ale nie odgarnęła go na bok. Blake dźgnął plastikowym widelcem pieczonego ziemniaka na swoim talerzu. Uniósł go do ust.
– Jestem tylko trochę zmęczony – powiedział, prostując się na krześle. Obejrzał się za siebie na ocean; spokojny i hipnotyzująco niebieski, iskrzący się dziwnym światłem.
– Nie musimy tu siedzieć.
– Musimy. To miał być przyjemny wieczór.
– Nie jest, odkąd zrobiłeś się taki…
– Jaki?
– Nadąsany.
Blake nabrał powietrza do płuc i powoli przekręcił pierścionek zaręczynowy tkwiący na palcu swojej dziewczyny.
– Megan mnie o coś prosiła, dobra? Nie chciałem niczego psuć.
Heather zacisnęła usta w wąską linię. Czuła, że za chwilę coś ją zdradzi. A przecież nie mogła, na litość boską, wychodzić na zazdrosną, rozpieszczoną sukę. Mogła sobie na to pozwolić dwa dni wcześniej, zanim pękła i na zawsze zatruła sobie umysł wyrzutami sumienia, zaciągając Chestera do łóżka.
– Zrób to. – odparła szybko. – Jedź tam.
– Obiecałem sobie, że będę rozgraniczał czas pomiędzy was obie… – zaprotestował gwałtownie Blake, a w Heather coś skręciło się tak mocno, że poczuła niemal fizyczny ból.
Tylko nie to, pomyślała w rozpaczy. Kurwa mać, tylko nie to. Zraniła go. Zraniła go tak okropnie. A teraz on zaniedbywał dla niej swoją pieprzoną córkę…
– Cholera, jedź tam.
Pye rzucił jej pełne obawy spojrzenie. Kochał ją. Kochał ją tak, jak nigdy nie kochał nikogo. Czuł się pusty i odrętwiały, gdy musiał sprawić jej zawód. Nie umiał przez to normalnie funkcjonować, nie był tym samym Blake’em, był maszyną. Do tej pory kłócił się z nim o to głównie Mark.
– No jedź – ponagliła Jean, a Blake potarł brodę wierzchem dłoni, żeby uniknąć odpowiedzi.
Trudno powiedzieć, kto tak naprawdę uległ; on czy ona.

~*~

Mike z głupim wyrazem twarzy wpatrywał się w sufit w jednym z pokojów oddanych do użytku zespołowi w budynku studia Warner Bros. Oczywiście palił. Nie zawsze trafiał do popielniczki, bo stała trochę daleko. Na blacie stolika ustawionego przy kanapie utworzyła się maleńka kupka popiołu.
– Czy ja mam cię osobiście sprać po pysku? – dobiegł Michaela pełen irytacji głos Jeffa, który w pewnym momencie po prostu zmaterializował się w drzwiach z plikiem jakichś papierów w jednej, i kubkiem kawy w drugiej dłoni.
– Już gaszę – mruknął Shinoda, podnosząc się do pozycji siedzącej. Zdusił niedopałek.
– Gdzie reszta? – Jeff przyciągnął sobie krzesło i zaczął szperać w dokumentach.
– Nie wiem.
– A gdzie Chester?
– Czy Chester nie wlicza się niejako do „reszty”? – zapytał Mike z błyskiem w oku. Poczuł dziwne mrowienie w okolicy pępka. Ilekroć imię Benningtona przemykało mu przez myśli, jego żołądek wypełniał się czymś ciężkim i ciepłym, a usta przypominały sobie gorące wargi Chaza.
– Nie, Chester to Chester – odpowiedział chłodno Blue. Mike uśmiechnął się pod nosem i przyznał mu w duszy rację. To było chyba pierwsze tak celne spostrzeżenie Jeffa.
– Wyszedł na moment.
Niekoniecznie świadomie dotknął jednego z guzików koszuli.
– Cóż, w takim razie porozmawiamy sami. Wszystko jest już zaplanowane. Dacie tu dwa koncerty. Potem wyjeżdżacie, San Diego jest pierwsze na liście.
Michael skinął głową, ale jakoś nie potrafił skupić się na tym, co mówił do niego menadżer. Tak, czekała ich pierwsza w życiu poważna trasa. Tak, ich kariera nabierała tempa. Tak, stali się sławni. Tak, wciąż nie mogli w to uwierzyć i tak, nie potrafili się w tym wszystkim odnaleźć.
Oczami wyobraźni Mike widział zamiast tego Chestera zmierzającego w jego kierunku zdecydowanym krokiem podczas wilgotnej, parnej nocy. I miażdżącego mu usta w pocałunku, o którym zawsze marzył.

~*~

Było już prawie zupełnie ciemno, gdy z niepokojem wpatrywali się w maleńki domek ogrodzony metalową siatką przypominający bardziej przyczepę kempingową niż prawdziwe mieszkanie. Blake trzymał w dłoniach papierowe torby wypełnione zakupami. Atmosfera była tak przytłaczająca, że Heather miała ochotę wrzeszczeć. Skrzypiały lekko zardzewiałe huśtawki, w wysokiej, nieprzystrzyżone trawie cykały koniki polne. Poza tym było cicho.
W końcu Blake wyciągnął przed siebie rękę i pchnął furtkę. Policzył kroki, które dzieliły go od drzwi. Jedenaście. Dokładnie jedenaście. W tamtym momencie ta żwirowa ścieżka była dla niego straszniejsza niż zielona mila z książki Stephena Kinga. Coś jednak cały czas popychało go do przodu. Chciał mieć to za sobą.
Zapukał do drzwi, a Heather mocniej przytuliła się do jego ramienia. Serce biło jej jak oszalałe. Miała ochotę zwyczajnie stamtąd zwiać i nie musieć oglądać silącego się na uśmiech Blake’a i ukrywającej zakłopotanie matki jego dziecka. Doskonale wiedziała jednak, że nie mogła tego zrobić.
Nim drzwi się otworzyły, minęło kilkanaście bardzo długich sekund. Jedno z okien było lekko uchylone; słychać było przez nie wyraźnie głos prezentera wiadomości i pracującą na pełnych obrotach pralkę.

Megan otworzyła wszystkie siedem zamków i szarpnęła za klamkę. Uniosła wzrok i o mało nie powstrzymała się od okrzyku zdziwienia. Nie sądziła, że Blake zdecyduje się przyjść. Tym bardziej, że zabierze ze sobą swoją dziewczynę; tę, o której tyle mówił – nawet wtedy, gdy obudził się u jej boku po wspólnie spędzonej nocy.
– Wejdźcie – uśmiechnęła się szczerze i odsunęła, robiąc im miejsce. – Przepraszam za bałagan, ale nie miałam czasu posprzątać…
Blake i Heather rozejrzeli się po wnętrzu. Cały pokój miał zaledwie kilka metrów kwadratowych wielkości. Łączył w sobie funkcje kuchni i salonu. Piętrzące się na rozkładanej kanapie stosy ubrań świadczyły o tym, że pralni także. W kącie stało dziecięce łóżeczko turystyczne. Za ciemnoniebieską siatką Heather i Blake mogli dostrzec zarys ciałka małej Brooklyn. Meg jednym ruchem ręki zgarnęła do zlewu naczynia zalegające na blacie i zabrała się za zbieranie do plastikowego kosza na pranie porozrzucanych wszędzie ubrań. Nie przestawała trajkotać. Była niską, szczupłą dziewczyną o jasnej cerze i niespokojnych ruchach. Mój dziadek był Japończykiem, dosłyszała w pewnym momencie Heather, ale ja czuję się Amerykanką. Nie jadłam nawet nigdy sushi.
Blake chrząknął i wskazał na przyniesione zakupy. Megan natychmiast do niego podbiegła i pomogła mu je wypakować.
– Zwrócę ci, gdy tylko przyślą mi pieniądze. Obiecuję…
Pye tylko pokręcił głową. Spróbował się uśmiechnąć, ale mu nie wyszło, bo kątem oka widział swoją zdenerwowaną dziewczynę. Czy powinienem zabrać tu Heather?, zapytał kiedyś Megan i teraz mu się to przypomniało, bo odpowiedziała mu ona wtedy, że to będzie wymagało czasu, a czasu nie było. Heather stała obok niego, w miniaturowym salonie zawalonym toną nieużytecznych drobiazgów i wpatrywała się w pogrążone we śnie niemowlę.
Jean, jako jedyna osoba bez zajęcia, poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Przysiadła na podłokietniku jednego z dwóch foteli i mimowolnie zaczęła myśleć o dziecku. Blake i Megan podjęli jakąś rozmowę, ale ona już ich nie słuchała. Łzy napływały jej do oczu, więc co chwilę przecierała powieki nerwowym gestem. Nie potrafiła później powiedzieć, w którym dokładnie momencie Meg podała jej kubek z herbatą.

Nie mam ci za złe, że układasz sobie życie – westchnęła Megan, klepiąc chłopaka po ramieniu. – Tak się umawialiśmy, nie? Chcę tylko dobra małej.

Po jakimś czasie i Megan, i Blake zbliżyli się do łóżeczka. W ich głosach pobrzmiewała wówczas już tylko radość. Był to dla nich obojga pewnie jeden z tych ckliwych, sentymentalnych momentów. Te uczucia nie były zarezerwowane dla Heather, dla zwykłego intruza. Ona była wtedy martwa i niepotrzebna. Nie grała w tym przedstawieniu. Wszystko działo się bez jej udziału; była tylko głupią obserwatorką niezdolną do wypowiedzenia nawet słowa. W którymś momencie Blake wziął małą na ręce i z uśmiechem na ustach przeszedł się z nią po śmiesznie małym pokoju, tocząc ogromne łzy po policzkach. Gdy znalazł się obok fotela zajmowanego przez Jean, bez słowa wcisnął dziecko w jej objęcia.

A kiedy Heather zamknęła oczy, przycisnęła śpiącą Brooklyn do swojej piersi i zaczęła łagodnie nią kołysać, otwierające i zamykające się naprzemiennie okiennice doprowadzały ją szaleństwa.

___
To chyba jakaś moja zasada, że piszę rozdział miesiąc. Nie wiem, co z tym robić. Przez dwa tygodnie zbieram myśli, w trzecim usiłuję je spisać i bliska płaczu kasuję całe dokumenty w Wordzie, a w czwartym dostaję olśnienia i wszystko po prostu ze mnie wypływa. Swoją drogą uwielbiam to; bardzo oczyszczające uczucie. Tutaj zwłaszcza "okna wspomnień".

Cóż więcej mam mówić. Ta część może wydawać się nieco niepotrzebna, ale według mnie to dobre wprowadzenie do uczuć, które bohaterowie będą przeżywać przez następne miesiące. Jakoś tak po prostu musiałam. No. To tyle.

Co do mojego wcześniejszego pomysłu pracuję nad nim.

Buźka i takie tam, dzięki za komentarze (nie jesteście jednak zwolnieni z obowiązku ich pisania, świnki) i słowa wsparcia. Bardzo Niemiła Rzecz zawsze będzie już Niemiła, ale z czasem nauczę się postrzegać ją trochę lepiej. Na pewno.